.

 

 

...::: Hamburg 10.11.2010

Po prawie 3 i pół miesiąca od założenia dystraktora nadszedł czas na jego zdjęcie i wyprostowanie dłoni. Pierwszą niespodziankę mieliśmy już na granicy. Do tej pory (3 krotnie)przekraczaliśmy ją na przejściu w Olszynie. Tym razem przekroczyliśmy ją w Jędrzejowicach (Zgorzelec) i na przejściu „halt” – wyrywkowa kontrola pojazdów po stronie niemieckiej. My mieliśmy dowody osobiste, Marcin nie miał żadnego dokumentu, więc otrzymaliśmy propozycję powrotu, bo granicy z nim przekroczyć nie mogliśmy. Klarujemy policjantowi o zaplanowanej operacji, że już wielokrotnie przekroczaliśmy bez dokumentów granicę, że zdjęcie w portfelach mamy, żeby do hamburga do kliniki zadzwonił itd. a on nam o przemycie dzieci. Chyba byliśmy wiarygodni, bo zadzwonił gdzieś do polskiego kolegi i sprawdził, że Marcin jest zarejestrowany i że jesteśmy jego rodzicami – taka mała nauczka by następnym razem zabrać ze sobą akt urodzenia Marcina. Rodzice, pamiętajcie o dokumentach tożsamości swoich dzieci. ;)

Po przyjeździe 09-11-2010 (wtorek) początek był ten sam, rejestracja, płatność, pokój i ta sama profesjonalna obsługa i podejście do pacjenta. Od razu rentgen, spotkania z anestezjologiem, chirurgiem albo ortopedą, nie pamiętam jaką specjalizację ma Dr. Svoboda i informacja, że operacja rozpocznie się jutro o 9.00. Jeszcze spotkanie z Dr. W.Hulsemann (będzie szefować podczas operacji) i czekamy co przyniesie jutro.

Zdjęcie dystraktora i włożenie drutu Kirschnera zajęło drużynie Dr. W.Hulsemann 3 godziny, więc o 12.15 już czekaliśmy na wybudzenie się Marcina po narkozie. Zadziwiające jak małe dzieci szybko dochodzą do siebie i jak szybko wracają do swoich zabaw. Palce nie zostały rozdzielone więc w bliżej nieokreślonej przyszłości dochodzą kolejne dwie operacje.

W piątek pierwsza zmiana opatrunków, pierwszy raz zobaczyliśmy fachowe cięcie i wszystko co nam wcześniej opowiadali lekarze. Ponad 10-cio centymetrowa rana na przedramieniu, prosta ręka w łusce gipsowej i sztywne palce, które tak długo trenował Marcinowi rehabilitant Marek. Mamy nadzieję, że się nie załamie, że trzeba rozpoczynać wszystko od początku. Po konsultacji z rehabilitanten z kliniki zestaw ćwiczeń ten sam – rozciąganie ścięgien palców, by nie wyglądały jak grabki i ćwiczenie wątłego ale jednak istniejącego stawu łokciowego. Przez kolejne dni kiedy schodziła opuchlizna z palców mogliśmy robić krótkie wycieczki – park i pobliskie place zabaw.

Marcin nie gorączkował, z raną nie było komplikacji więc 17 listopada po 9 dniach pobytu zostaliśmy wypisani ze szpitala. Najgorsze dostaliśmy na wyjazd. Końcowa rozmowa z Dr. W.Hulsemann potwierdziła to co słyszeliśmy w listopadzie 2009 od Dr. R.Habenichta. (nie owijają w bawełnę, nigdy nikt nie mówił, że Marcin będzie miał ręce zbliżone do normalnych, że będzie grał na gitarze itd. chodzi o jego funkcjonalność) czyli jeśli chcemy by Marcin miał „kciuki” należy usunać palce wskazujące, które są za słabe by mogły pełnić rolę kciuków (po rozdzieleniu). Samo rozdzielenie palców nic nie da, bo zostanie zachwiana istniejąca struktura i rozdzielony wskazujący palec nie będzie pełnił żadnej funkcji. Wiec mamy dwie opcje: Nie ingerować w palce – zostawić tak jak jest, lub usunąć palec wskazujący, a środkowy przystosować do zadań kciuka.

I teraz trudna rola rodzica, bo to my musimy podjąć decyzję czy usunąć w małej, już i tak niekompletnej dłoni jeszcze jeden palec. Czas na decyzję mamy do czerwca 2011, kiedy to zostanie wyciągnięty drut Kirschnera z lewej ręki.

Ciekawe co by wybrał Marcin.