...::: Hamburg 04.01.2012
2 godziny i 15 minut, tyle trwała czwarta (nie licząc korekty dystraktora) operacja Marcina, którą 4 stycznia 2012 przeprowadziła dr Hulsemann.
Zanim to nastąpiło, wcześniej zostaliśmy przyjęci na oddział (Station 8). Niestety Marcin już doskonale pamięta, że znajome ściany, ludzie chodzący w białych fartuchach, windy, łóżka nie wróżą mu nic dobrego. Dlatego też, zaraz po przekroczeniu drzwi szpitala wołał ciągle i kategorycznie „jedziemy do domu” ciągnąc nas do wyjścia.
Standardową dla nas procedurę przyjęcia „zakłócił” Dr R.Ludwig, który przeprowadził z nami bardzo dokładny wywiad, łącznie z mierzeniem zakresu ruchu dłoni i palców Marcina. W znany tylko sobie sposób tak zaczarował Marcina, że ten poddawał mu się bez łez i płaczu. Operacja 4 stycznia, start ok. 9.30.
Zaraz po zameldowaniu się na oddział dało się zauważyć większą niż zwykle liczbę małych pacjentów i ich rodzin z Polski. Marcin, podczas pobytu miał dwóch kolegów z Polski, dzięki, którym szpitalna rutyna przeplatała się z przedszkolną beztroską. 4 stycznia ok. godziny 8 do pokoju weszła pielęgniarka z koszulką operacyjną, której widok spowodował u Marcina obudzenie demona - demona złego, złośliwego i głośnego. Nie pomogły kropelki szczęścia (tramal) ani objęcia taty, wiedział, że założenie koszulki, wiąże się nierozerwalnie z krótką przejażdżką windą, zielonym kolorem, a potem ciach, ciach…po którym boli. My rodzice, ze łzami w oczach, Marcin ze łzami, które wsiąkały w nasze ubrania i jego operacyjną koszulkę pożegnaliśmy się na bloku operacyjnym, gdzie zniknął w objęciach anestezjologa wraz ze swoją maskotką za drzwiami śluzy powietrznej. Długie dwie godziny spędziliśmy na chodzeniu wokół szpitala i rozmowie z właśnie poznanymi rodzicami Mateusza, który miał operację ręki dzień wcześniej.
Wreszcie informacja, że możemy zjechać do Marcina. Jak zwykle obawa o to, co zastaniemy w pokoju wybudzeń, szczególnie pamiętając odbytą dzień wcześniej rozmowę z chirurgiem i anestezjologiem (każdorazowo podpisujemy dokumenty, w których m.in. wymieniane są zagrożenia, które niesie ze sobą operacja).Znając „fachową robotę” dr Hulsemann z wcześniejszych operacji i wielu rozmów wiemy, że to martwienie się na zapas, ale myślenie rodzica w takich okolicznościach nie jest racjonalne.
Jesteśmy na sali wybudzeń. Chłopak śpi i chrapie, mija 15 min, tętno 98 saturacja 114 – chłopak dalej śpi i chrapie.W międzyczasie odwiedza nas dr Hulsemann (złota kobieta) i prosto wyjaśnia m.in. - jak nie mogła znaleźć kilku kosteczek (chrząstek) nadgarstka, których również nie widać na rentgenie, - jak musiała celować by wbić się z drutem stabilizującym przez szpik kości łokciowej, - jak musiała zaczepić drut na innych palcach niż to się zwykle praktykuje, - jakie mięśnie i gdzie przesunęła, by w niedalekiej przyszłości ręka wracała jak najmniej do pierwotnego zgięcia
Mija 40 minut, tętno 86 saturacja 112 – pobudka, bo przeszkadza mu rura w ustach. Otwiera oczy i jak nigdy wcześniej nie walczy z kroplówką i czujnikami. Pełen powagi woła…brata, wujka Roberta, Babcię, Dziadzia. Dlaczego nie rodziców???
Kolejne dni to zmiana opatrunków, obserwacja Marcinkowej rączki,( z której powoli schodzi opuchlizna) chmur i spacery pomiędzy jedną ulewą a drugą, bo mimo, że to styczeń, to w Hamburgu deszcz zastępuje śnieg, temperatura powietrza jest na poziomie 5-7 stopni Celsjusza, zielona trawa na trawnikach i zielone liście rododendronów w przydomowych ogródkach wzdłuż Schoeneberger Strasse
Kolejna operacja (wyciągnięcie drutu stabilizującego) za około pół roku. I trochę czekamy na kolejny przyjazd, bo tu inni nie patrzą na Twoje dziecko jak na kosmitę, który miał wypadek swoim statkiem kosmicznym. Tu każdy rodzic wie co przeżywają inni rodzice nawiązując podświadomą więź, a personel robi wszystko by pobyt w stacji nr 8 był jak pobyt w bardzo dobrym hotelu.
Dziękujemy Państwu za umożliwienie nam, (dzięki Waszym wpłatom) podzielenia się z Wami kolejnym dla nas ważnym wydarzeniem.
P.S.
Uniwersytet Medyczny w Poznaniu nadal milczy (skierowanie wysłaliśmy na początku 2009), obawiamy się, że w gąszczu biurokracji, pieczątek, ważnych decyzji, ambitnych dyrektorów, zajmowania się samym sobą i rozmowami z NFZ-tem, zgubili nasze skierowanie lub zapomnieli o drobnym, nikomu nie potrzebnym elemencie jakim jest mały pacjent,









